Artykuł, przepis pochodzi z www.wiescidladomu.pl • Hotblog
Maria Maliszewska

Maria Maliszewska w swoim życiu przeszła niejedną metamorfozę. Od nieśmiałej dziewczyny, poprzez rolniczkę pasjonatkę, aż do społeczniczki. Utarło się mówić, że tam, gdzie diabeł nie może, ona na pewno da sobie radę.

Poznałam ją na ekologicznych targach w Norymberdze. Tam, skąd dochodził śmiech, była też i ona. Jest duszą towarzystwa, kobietą o słowiańskich rysach twarzy, przypominających urokliwe dziewczyny z zespołu „Mazowsze”. Urokliwa jest też nazwa miejscowości, w której wraz z mężem Kazimierzem prowadzą 60-hektarowe gospodarstwo. Świecie, bo tak nazywa się wioska, położona jest malowniczo na Pogórzu Izerskim. Gdy siedzimy w majowe popołudnie przy owocowej herbacie, nie chce mi się wierzyć, że pani Maria była kiedyś nieśmiałą osobą. A jednak: jeszcze w szkole podstawowej występował jej pot na czoło, a oczy wierciły dziurę w podłodze, gdy miała iść do tablicy. Przełom nastąpił, kiedy została wybrana na przewodniczącą klasy, a potem samorządu uczniowskiego w szkole w Lubaniu, skąd pochodzi. Wtedy właśnie odkryła, że być aktywną, współdziałać w grupie - to najlepsze remedium na czerwienienie się z byle powodu. Z czasem doszło harcerstwo, potem teatr, a niejako z marszu zawód ekonomisty.

Pani Maria jest ciągle w ruchu, a jej kalendarz pełen terminów. Teraz również siedzi jak na szpilkach, bo za godzinę umówiła się z sołtysową Świecia. Dobrze, że pani Maria mówi szybko, bo jest szansa, że zdążę w tym krótkim czasie dużo od niej się dowiedzieć. - Jak to się stało, że dziewczyna z miasta przywędrowała na wieś? - Był to przemyślany wybór, którego dokonałam grubo ponad trzydzieści lat temu. Wtedy to poznałam mojego męża, zakochaliśmy się w sobie i chcieliśmy być razem. Teściowie mieszkali w Świeciu, więc tutaj założyliśmy rodzinę. Tutaj też przyszły na świat nasze dzieci: trzej synowie i córka. Sylwek i Łukasz są również rolnikami, ale już na swoim, Bartek – szefem kuchni na zamku Czocha. Cała trójka mieszka w Świeciu, a córka Katarzyna jest bankowcem i zamieszkuje w pobliskim Gryfowie. Od teściów dostaliśmy na początek 24 ary, na których wybudowaliśmy się i od tego czasu sukcesywnie powiększaliśmy gospodarstwo.

Krowa Wałęsowa i baczne oko sąsiadów

Powiększanie gospodarstwa szło mozolnie, bo pani Maria postrzegana była jako „ta obca” i nie za bardzo wierzono, że „ta z miasta” cokolwiek potrafi. Nie przypuszczano wtedy jednak jeszcze, że młoda kobieta jest uparta jak osioł i jeśli za coś się weźmie, to nie odpuści tak szybko. Niestraszne było jej koszenie kosą, wiązanie snopków, oranie konno, rozrzucanie obornika czy opieka nad krowami, których na samym początku mieli… jedną. Z czasem krowy stały się dla nich głównym źródłem utrzymania, a jedno z łaciatych zwierząt powodem przykrego doświadczenia pani Marii. - Kupiliśmy nową krowę - opowiada. - Jej właściciel podobny był do Lecha Wałęsy, więc nazwaliśmy ją Wałęsową. Nie miała wąsów, ale za to agresywny charakter. Pewnego dnia, gdy poszłam po nią na pastwisko i chciałam złapać za łańcuch, zaatakowała mnie boleśnie. Takiego strachu nie najadłam się ani wcześniej, ani później. Moje ciało broczyło krwią i pamiętam, że próbowałam uciec przedostając się pod ogrodzeniem, ale zwierzę nie pozwoliło mi na to, przygniatając mi swoim ciałem nogi. Wyglądałam, jakbym wpadła pod ciężarówkę. Rany wygoiły się jednak z czasem, ale uraz psychiczny pozostał.

Obrządki przy zwierzętach musiała sobie odpuścić, prace polowe nie. Z czasem nauczyła się (również ku uciesze męża) jeździć na ciągniku i do dzisiaj pamięta bacznie obserwujące ją, pełne powątpiewania oczy sąsiadów. Mijał jednak czas, gospodarstwo powiększało się o nowe hektary, budynki gospodarcze, sprzęt, a sąsiedzi spoglądali na nią coraz bardziej przychylnie i z szacunkiem, który przełożył się na powierzanie pani Marii funkcji przewodniczącej w radzie sołeckiej Świecia. To był przełom. Nie dość, że rdzenni mieszkańcy wsi oddali się niejako w ręce pani Marii, to jeszcze zapoczątkowali w jej życiu pasmo działań społecznych. Za przyzwoleniem rodziny oddała się swojemu nowemu żywiołowi: pracy na rzecz innych.

Czas dla potrzebujących

- Sprawowane funkcje ułatwiają mi załatwienie trudnych spraw dla innych. W każdym przypadku ważny jest dla mnie człowiek. Uruchamiam wtedy wszystkie moje umiejętności i z siłą czołgu, bezgraniczną upartością dążę do celu. Kiedyś usłyszałam z ust urzędnika, że nie wyglądam na kobietę ze wsi… W jego mniemaniu miał to być komplement, ale spytałam tylko, czy swoje stwierdzenie opiera na braku wychodzącej mi z butów słomy. Oj, to się dopiero obraził.

W miarę piastowania stanowisk, powiększała się ilość przypadków ludzi potrzebujących, bo co innego być sołtysem, a co innego radną powiatu lubańskiego, Członkiem Zarządu Miasta i Gminy Leśna, Członkiem Zarządu Powiatu Lubańskiego czy delegatem do Dolnośląskiej Izby Rolniczej z powiatu lubańskiego.

Ze wzruszeniem słucham historii pani Beaty, wychowanki domu dziecka, która wyszła za mąż, urodziła dziecko, a potem została bez dachu nad głową, bo jej partner okazał się tyranem. Przyznano jej mieszkanie zastępcze, które oprócz tego, że miało sufit i ściany zewnętrzne, w niczym nie nadawało się na lokum dla matki z małym dzieckiem. Sprawą zajęła się pani Maria. Kolejne minuty pełne są przykładów sponsoringu kabla, styropianu, drzwi, farby, desek podłogowych, deski sedesowej, kafelków, lamp, firanek i mnóstwa innych rzeczy. Za każdym przedmiotem stoi konkretny człowiek i nowa strategia pani Marii, aby go pozyskać. Gdy wreszcie udaje się wykończyć mieszkanie i wydaje się, że nastąpił happy end, okazuje się, że zameldowani są w nim ludzie, którzy przez okres ośmiu lat, ostatnie pięć nie płacili czynszu. Nie mieszkają tu już fizycznie, ale na papierze owszem. Umiejętności pertraktacji i upór pani Marii wystawione zostały na niezłą próbę, jednak jak to utarło się o niej mówić: „tam, gdzie diabeł nie może, tam ona na pewno da sobie radę”. I rzeczywiście dopięła swego. Teraz próbuje zebrać wszystkich zaangażowanych w tę sprawę, aby wybrać się na świętowanie do szczęśliwej pani Beaty.

A czas powodzi w 2010 roku? Pani Maria z uporem maniaka udowadniała przy każdej okazji, również tej, kiedy obecny był wojewoda dolnośląski, że żywioł nie wybrał sobie za swój cel jedynie Bogatyni, ale również i gminę Leśna. I udowodniła. Bez pani Marii nie tak szybk dzieciaki miałyby nowe place zabaw, rolnicy wypełnione na czas wnioski (choć swój własny oddaje na ostatnią chwilę), 40 kobiet bezpłatne badanie mammograficzne, mieszkańcy Świecia połączenie telefoniczne z resztą świata i kapliczkę, szpital w Lubaniu, w chwili kryzysu, dofinansowanie do posiłków, a festiwal „Swojskie granie i śpiewanie” - nagrodę w formie osobistego pióra od wicepremiera Janusza Piechocińskiego. Przykładów na „wtrącanie się” pani Marii jest bez liku. Biega, załatwia, pertraktuje i dziwi się, gdy ktoś spotkany po latach dziękuje jej za pomoc.

Marzenie o moście

- Pani Mario, a jakie są Pani marzenia? - Jednym z marzeń jest, aby wojewoda dolnośląski przekazał większą sumę pieniędzy na realizację 13 punktów planu popowodziowego z 2010 i 2013 roku, tak abyśmy w Świeciu mogli odbudować choć jeden z czterech zniszczonych mostów i móc tym samym zapobiec odcięciu mieszkańców od świata, a rolników od ich pól.

Ciepły uścisk dłoni na grządce z niezapominajkami i już pani Maria pędzi na spotkanie ze swoją sołtysową.

Anna Malinowski

 

Drukuj
Źródło: http://wiescidladomu.pl/wiejskie-zycie/sylwetki/27-pomaganie-to-jej-pasja?tmpl=component&print=1&layout=default