Artykuł, przepis pochodzi z www.wiescidladomu.pl • Hotblog
Tomasz Pawlak - arborysta drzew, fot. Anna Malinowski

Tomasz Pawlak wygląda jak członek Partii Zielonych i nie tylko tak wygląda, ale i tak żyje, czyli w zgodzie z naturą i samym sobą. Jest arborystą. Drzewa to cały jego świat, a ten znajduje się na dolnośląskim Pogórzu Izerskim w powiecie lwóweckim.

Na spotkanie z moim rozmówcą jadę do Mlądza. Miejsce jest mi znane, bo to właśnie tutaj spotkałam 2 miesiące temu panią Dorotę – partnerkę pana Tomka, a zarazem bohaterkę artykułu zatytułowanego „Życie o zapachu lawendy”. Dojeżdżam do ich domu, który mieni się wszystkimi kolorami jesieni. Orzechowo-słodki zapach suchych liści, widok dojrzałego winogrona, przed bramą samochód terenowy, a w ogrodzie dwa ogromne, spokojne nowofundlandy.

Widząc czworonogi, nie mogę oprzeć się skojarzeniu: „Jaki pan, taki kram”, bo zarówno pan Tomek, jak i pani Dorota emanują spokojem, zadowoleniem i tym czymś, co sprawia, że jest się przekonanym o bogatym doświadczeniu i znajomości tego, czym się ci ludzie zajmują. Pan Tomek mieszkał w różnych miejscach, miedzy innymi w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. W Gdyni poznał swoją partnerkę Dorotę. To, co ich między innymi połączyło i łączy do dzisiaj, to potrzeba bliskości z naturą i podobny światopogląd.

Urodził się 55 lat temu w Cieplicach. Jak sam mówi: po mieczu jest Wielkopolaninem, bo ojciec pochodził z Kalisza, natomiast po kądzieli - Małopolaninem, gdyż mama była z Krakowa. Gdy pytam o zawód, mówi, że tak jak większość chłopaków z Cieplic, jest absolwentem Zespołu Szkół Rzemiosł Artystycznych, co w jego przypadku przełożyło się na drzewiarza, czyli technologa drewna. Od dziecka lubił wdrapywać się na drzewa i wędrować po górach, co później zaowocowało wspinaczką. Dzisiaj jakby to wszystko złożyło się w jedną całość. Można by powiedzieć, że wędruje po drzewach zawodowo. Gdy musi wsiąść w samochód i wyruszyć w drogę, jego celem są prawie zawsze drzewa, z których oględzin i badań przygotowuje ekspertyzy, opinie dendrologiczne, a gdy zostaje w domu, czas swój dzieli między plantację pigwy, świerków i lawendy oraz matecznik topoli energetycznej „Hybryda 275”.


 

Wspinaczka i jej owoce

Pod koniec lat 80-tych, gdy zaczęła się jego przygoda z drzewami, zawodu arborysty jeszcze nie było. Mówiło się wtedy raczej o chirurgii drzew, zajmującej się stroną techniczną a nie przyrodniczą, jak to jest w przypadku dzisiejszej arborystyki. Kursy organizowane w ramach Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Ogrodnictwa z wszystkimi jego etapami, dały panu Tomkowi podwaliny kwalifikacji zawodowej.

Zanim jednak tak się stało, fascynowała go alpinistyka, która jako efekt uboczny pozwalała na wykonywanie pracy na wysokościach, takiej jak chociażby malowania kominów czy pielęgnacji fasad wielopiętrowych budynków. Pytam, czy trzeba mieć szczególne umiejętności, aby zajmować się alpinistyką. Pan Tomek zastanawia się przez chwilę, a potem odpowiada z półuśmiechem:

Chyba trzeba mieć trochę wyobraźni… choć może nie za dużo, aby się nie bać, a jednak przeżyć.

Praca ta dawała mojemu rozmówcy satysfakcję, ale ze względu na pogodę była możliwa tylko w ciepłych miesiącach roku. W efekcie końcowym dobrze, że tak było, ponieważ w wyniku wolnych miesięcy zimowych, pan Tomek zajął się szyszkarstwem, czyli pozyskiwaniem nasion drzew iglastych na potrzeby Lasów Państwowych.

Kominy, na które się wdrapywał, były może i wyższe, ale nie dawały takiej satysfakcji, jaką zapewniała przygoda z żywą rośliną. Poczuł, że jest w swoim żywiole. Wspinał się na wysokie sosny i modrzewie w Karkonoszach i Puszczy Noteckiej. To właśnie w tym czasie spotkał na swojej drodze życiowej, a jednocześnie ścieżce Narodowego Parku Karkonoskiego człowieka zajmującego się chirurgią drzew. Tworzyli dobry zespół, ponieważ poznany chirurg drzew świetnie znał się na dębach, klonach i im podobnych, natomiast nie miał zupełnie zmysłu do wchodzenia na nie. To zadanie przypadło panu Tomkowi.


 

Lipa sądowa i cis henrykowski

Pierwszym drzewem, którym mógł się zająć, rosnącym do dzisiaj, była lipa sądowa w Szklarskiej Porębie. Zarówno w jej przypadku, jak i kolejnych ważną była diagnostyka, która dzisiaj jest przede wszystkim tym zadaniem, dla którego wsiada w samochód jako arborysta.

Zleceniodawcami są zarówno osoby prywatne, jak i urzędy, choć miażdżącą przewagę stanowią te drugie. Bez względu jednak na to, kto zleca mu zadanie, do oceny ma układ biologiczny i mechaniczny drzewa. Nawet jeśli do pomocy ma sprzęt zwany rezystografem, który obrazuje stan drewna wewnątrz kłody, to i tak ocena ta pozostanie w dużej mierze subiektywną, gdyż nie ma się do dyspozycji wzorów matematycznych, a zamiast nich promień drzewa, który musi co najmniej w 1/3 być zdrowym, współczynnik smukłości, ekspozycję na wiatr, gatunek drzewa, jego wiek, warunki zewnętrzna czy pokrój rośliny.

Na podstawie zebranych informacji wystawiana jest opinia, a za nią idzie wyrok: zostawia się drzewo takim, jakie jest, poddaje pielęgnacji lub usuwa.

W sąsiednim powiecie lubańskim rośnie najstarsze polskie drzewo, którym jest ok. 1300-letni cis henrykowski. Nie dalej jak 2 lata temu poproszono pana Tomka o ekspertyzę tego drzewa. Nie wypadła ona najlepiej, gdyż leciwe drzewo na przestrzeni ostatnich lat znacznie podupadło na zdrowiu. Zalecił więc przede wszystkim 2 razy w roku podlanie drzewa w strefie rozwoju korzeni ok. 500 do 1000 litrami wody, przeprowadzenie badania gleby, zwiększenie ogrodzonego obszaru wokół samego drzewa. Turyści chcąc podejść jak najbliżej cisa, udeptują ziemię i sprawiają, że staje się ona nieprzepuszczalna dla wody. Pana Tomka denerwuje ta cała sytuacja, bo uważa, że zleca się masę ekspertyz, zasięga rad, tyle tylko, że się z nich nie korzysta i nie robi praktycznie nic.

Wszyscy biadolą, przyjeżdżają panowie z tytułami profesorskimi, tylko nikt nie przyjechał jeszcze z cysterną wody i nie podlał tego biednego cisa - denerwuje się mój rozmówca, ale dodaje optymistycznie, że cisy mają ogromną zdolność regenerowania się, więc może cis henrykowski pozytywnie go zaskoczy.


 

W służbie człowieka

 

To, że drzewa są nam do życia potrzebne, nie ulega wątpliwości. Nie tylko do życia ale i dla zdrowia. Nie bez powodu mówi się na Zachodzie, że prawdziwie bogatym miastem jest to, które może pozwolić sobie na dużo zieleni. Park nie przyniesie żadnej konkretnej sumy do kasy burmistrza czy prezydenta, ale istnieją przykłady na konkretne korzyści, które dają się przeliczyć na pieniądze.

Pan Tomek opowiada mi o badaniach, które przeprowadzono w jednej z klinik w Chicago w latach 90-tych. Policzono wtedy ilość dni, które przebywali pacjenci w pokojach z widokiem na park i tych z widokiem na beton, szkło i aluminium. Okazało się, że ludzie z tym samym schorzeniem, ale należący do pierwsze grupy, wypisywani byli średnio 1,5 dnia wcześniej, niż ich sąsiedzi bez widoku drzew, co pozwoliło klinice zaoszczędzić ok. 150 tys. dolarów w roku, a państwu kolejne sumy, gdyż ludzie wrócili wcześniej do pracy.

Negatywnym przykładem natomiast jest rolnictwo. Mój rozmówca przytacza przykłady wycinania drzew rosnących przy drogach dojazdowych do pól, gdyż stanowią one barierę dla ciężkiego sprzętu typu kombajn. Wycina się również pojedyncze drzewa lub ich skupiska rosnące na polach i to z przekonaniem, że im większa jest powierzchnia uprawowa, tym wyższe będą plony. Niestety tak nie jest. Drzewa odgrywają ogromną rolę np. w gospodarce wodnej, gdyż bez nich obniża się retencja wód opadowych. Dają też schronienie ptakom, te z kolei są naturalnym wrogiem insektów wyrządzających szkody w uprawach.

Poprzez umiejętne nasadzanie drzew można spowodować 40% spowolnienie wiatru, a tym samym zmniejszyć zniszczenia i zbyt szybkie parowanie wody i wysychanie pól (nawet do 20%). Drzewa chronią również rośliny przed wymarzaniem. Na szczęście polityka dopłat bezpośrednich, nowe projekty, jak chociażby „Natura 2000” powodują, że myślenie rolników staje się bardziej przyjazne naturalnemu środowisku.

Zdaniem mojego rozmówcy bardzo rośnie świadomość ludzi. Poczynania urzędów w dziedzinie planowania urbanistycznego nierzadko napotyka na opór społeczeństwa, które domaga się swoich praw, jak chociażby tego, aby od miejsca zamieszkania do najbliższego miejsca z zielenią nie było dalej niż 500 metrów.

Pan Tomek zwraca mi uwagę na to, że drzewa zawsze były ważne w życiu człowieka. Drzewa się czciło, szanowało, przypisywało im szczególną siłę. Dowodem na to była tradycja sadzenia co najmniej jednej lipy przy nowo budowanych domach. Brano pod uwagę to, że lipa daje kwiat herbaty, działała kojąco i nasennie, przyciąga pszczoły, a te z kolei produkują mód. Nie sadzono natomiast dębów, gdyż te mają to do siebie, że ściągają pioruny. Inną tradycją na dzisiejszym Dolnym Śląsku było nasadzanie 2 do 4-metrowej kłokoczki południowej. Rośnie ona tylko na południu Polski, jej historia sięga polskiej, germańskiej i celtyckiej mitologii, stąd (pomimo wiary) przekonanie, że roślina ta jest siedliskiem dobrych duchów, które czuwają między innymi nad „dzietnością” gospodarzy.


 

Z wyłączonym szwendaczem

Pan Tomek tłumaczy mi, że drzewa są jak ludzie, a może odwrotnie: ludzie są jak drzewa. Oba gatunki mają swoje strategie: strategię rozwoju, przetrwania i ostatnią - zamierania, gdy organizm przestaje się już bronić, choć z rozpędu może jeszcze funkcjonować. W jego strategii życia nastąpiły w ostatnich latach ważne zmiany, a najważniejsza jest ta, że „wyłączył mu się szwendacz”. Szwendał się wiele lat, aż wreszcie w 2006 roku znalazł swoje miejsce na ziemi, którym jest Mlądz. To tutaj chce spełniać swoje marzenia i plany, które tworzą dla niego jedność. Drzewa są dla niego pasją, której życzy również innym:

- Spotykam wielu ludzi, u których mam wrażenie, że to co robią, robią jakby za karę. Ja tego nie mam i chciałbym, aby ludzie wokół mnie również tego nie mieli. Świat byłby wtedy szczęśliwszy.

Drukuj
Źródło: http://wiescidladomu.pl/wiejskie-zycie/sylwetki/486-drzewa-to-caly-jego-swiat?tmpl=component&print=1&layout=default