Artykuł, przepis pochodzi z www.wiescidladomu.pl • Hotblog
Konie

Czyli o miłości do czworonożnych i mechanicznych koni  Romek, jak daleko tylko sięga pamięcią, zawsze otoczony był końmi mechanicznymi. Gosia, jego żona, w czworonogach zakochała się mając 12 lat. Dzisiaj, z 6-letnim stażem małżeńskim, pielęgnują swoje fascynacje razem.

Gosię i Romka spotykam w krajobrazie Pogórza Izerskiego. Przejeżdżam przez budzący respekt kamienny tunel, a wyjeżdżając z niego, przed oczami mam daleki horyzont z pasmem gór, za którymi właśnie zachodzi słońce. Polną drogą docieram na gospodarstwo z pokaźnymi budynkami, silosami i stajnią, które tworzą zamknięte podwórze. Zaraz obok 3 stawy, wybieg dla koni, jak okiem sięgnąć - pastwiska. W oddali wieża kościelna i pojedyncze domostwa Rybnicy, bo tak nazywa się miejscowość, w której gospodarzą Gosia i Romek.

W skład gospodarstwa wchodzą pola Romka Chomy, jego ojca Stanisława oraz spółki Agropol. Stare porzekadło mówi, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma, co jeść. W tym przypadku współpraca układa się jednak owocnie. Romek i jego ojciec pracują zarówno dla siebie, jak i dla spółki, a parkiem maszynowym wymieniają się w zależności od rodzaju prac polowych.

Gosia - samosia i jej babski interes

Stadnina koni, którą opiekuje się Gosia Choma, również po części należy do spółki. Nie stanowi to jednak jakiegokolwiek problemu. Nie dla Gosi, nie dla zwierząt, nie dla dwóch instruktorek ani dwóch dziewczyn opiekujących się czworonogami. Kobiecy interes kręci się dobrze. Są samowystarczalne w tym, co robią i jedynie do usuwania obornika muszą poprosić o pomoc mężczyzn z gospodarstwa.

Gosia spełnia się w tym. Jej dzień wypełniony jest pracą, życiem rodzinnym i długą listą planów, a wśród nich między innymi otwarciem małego ogródka zoologicznego i skupieniu się na pracy z dziećmi i młodzieżą. Ma 32 lata, dużo pozytywnej energii, jest odważna i dobrze zorganizowana. Gdy pytam ją o to, co sprawia jej największą przyjemność w pracy, odpowiada zdecydowanie: - Wszystko!

Świat Romka

Romek ma 28 lat, wykształcenie wyższe rolnicze. Kontakt z gospodarstwem, a zwłaszcza z końmi mechanicznymi, posiada od dziecka. Miłość do roli przekazał mu ojciec Staszek. Zabierał go na pola, sadzał w ciągniku, kombajnie i ani się Romek obejrzał, jak przyszedł dwunasty rok jego życia i pierwsze spotkanie z samotnie rosnącym na podwórzu drzewem. Wjechał w nie traktorem, jadąc pierwszym biegiem z prędkością 2 km/godz. Uszkodził drzewo, a nie ciągnik, co zapewne uchroniło go przed burą od ojca i zapaliło do dalszej nauki.

Dzisiaj uprawia 130 własnych hektarów i ok. 200 dzierżawionych. W ramach płodozmianu sieje grykę, owies i pszenżyto, a w owsie dodatkowo wsiewa koniczynę, która zaorywana jest w maju następnego roku przed siewem gryki, co stanowi źródło azotu oraz nawozu. Gospodarstwo jest ekologiczne, bo Gosia i Romek są wielkimi zwolennikami zdrowego życia i miłośnikami natury. Nie bez znaczenia jest aspekt ekonomiczny, gdyż cena zboża ekologicznego jest znacznie wyższa niż konwencjonalnego. Walka z chwastami jest zacięta. Chwastownik, brony lekkie i ciężkie są ciągle w ruchu, ale i tak, jak mówi Romek, chwastów ciągle jest za dużo.

Romek najbardziej lubi chodzić po polach i patrzeć, jak przebiega wegetacja. Hm, ciekawe, dlaczego nie robi tego konno…

To, co wspólne

Są jednak momenty, w których Gosia i Romek działają zawodowo razem. Takim przykładem jest święto Hubertusa. Wprawdzie kalendarzowo przypada ono na 3 listopada, ale chętnych do jego obchodzenia jest tak wielu, że pierwsze imprezy z tego tytułu zaczynają odbywać się już w październiku. Tak po prawdzie Hubert jest patronem myśliwych, ale ci nie mają nic przeciwko temu, aby swoim patronatem objął również i koniarzy. W gospodarstwie Gosi i Romka organizuje się wtedy huczny festyn o charakterze dożynek i święta koni. Świętują wszyscy, zarówno ci związani z uprawą pól, jak i stadniną, ich rodziny, sąsiedzi, bractwo kurkowe, ksiądz - myśliwy, przyjaciele i znajomi, a także przypadkowi goście. Siedzą, bawią się, rywalizują, jeżdżą konno, jedzą grochówkę, dzika lub prosię i kończą biesiadę w późnych godzinach nocnych.

Wspólną jest też rodzina. Gosia i Romek są rodzicami 4-letniego Stasia i 2-letniego Jurka. Zupełnie niedawno kupili 120 hektarów ziemi, które są w tzw. konwersji, czyli przez dwa lata będą przestawiane na tryb ekologiczny. Zaczęli również budować dom, bo najwyższy czas dać odpocząć rodzicom Romka i stanąć na swoim. Marzenia mają również wspólne. - Gosiu, a wiesz, jakie marzenia ma twój mąż? Gosia zamyśla się i wybucha śmiechem: - … Chyba chce, tak jak i ja, abyśmy mieli jeszcze dwa małe bąki.

Bingo! Właśnie o tym wspominał mi Romek. A jak jest z dwoma bąkami, które już mają? Czy jeżdżą konno? - No niestety bardziej interesują się końmi mechanicznymi. Może dlatego, że to są chłopcy, a chłopcy z natury szybciej się nudzą i nie mają takiej wytrwałości, jak dziewczynki. Ale mamy przecież do zrealizowania jeszcze nasze marzenia… Może, jeżeli będziemy mieć córki, uda mi się posadzić je na koniu.  


 

GOSIA

Kiedy zakochałaś się w koniach?

Jestem dziewczyną z miasta i ze zwierzętami nie miałam jako takiego kontaktu, ale jako 12-letnia dziewczynka wybrałam się do stadniny po sąsiedzku w Piechowicach. Wsiadłam na konia i od razu z niego spadłam. Miłość od pierwszego wejrzenia do tych zwierząt była jednak tak silna, że nie straszne były mi kolejne upadki i wypadki przy pracy. Konie nie są zwierzętami drapieżnymi, a ich jedyną obroną jest ucieczka, z czego korzystają przy każdej okazji. Poza tym, tak jak i my ludzie, konie mają różne charaktery.

A jak wygląda wasza stadnina?

Mamy ponad 30 koni, w tym 3 źrebaki. Połowa z nich jest własnością spółki, połowa przebywa u nas, jako pensjonariusze, a 3 są moje. Z nimi jeżdżę regularnie na zawody. Właściciele czworonożnych pensjonariuszy płacą nam za boks, wyżywienie, pastwisko, opiekę, pielęgnację, a do ich obowiązku należy opieka weterynaryjna oraz ujeżdżanie koni. Dla wszystkich organizujemy dwa razy w roku zawody towarzyskie, które nie są obwarowane twardymi uwarunkowaniami przystąpienia do nich. Udział w takich zawodach to wielka satysfakcja dla koni, ich właścicieli, no i dla nas organizatorów również.

ROMEK

Co jest najtrudniejsze w ekologii?

Biurokracja. Zdecydowanie. Góry papierów, liczenia, ile metrów mają silosy, magazyny i biura, a ile hektarów ziemia. Nieraz nie wiadomo, co najpierw robić, czy to wszystko liczyć i opisywać, czy jechać w pole. Są różnice między poszczególnymi jednostkami certyfikującymi i my właśnie w tym roku zmieniliśmy dotychczasową jednostkę na tę, w której nie ma tzw. „nawiedzonych” kontrolerów tłumaczących mi pół godziny, jak mam sadzić pomidory w ogrodzie.

 A jak wygląda twój dzień?

Wstaję ze słońcem, planuję pracę dla pracowników, z którymi spotykam się z rana i jestem najszczęśliwszy, gdy mogę wsiąść w ciągnik i pojechać na pole. Niestety często muszę jeszcze grzebać w papierach, dopilnować pracę innych (a propos koni: pańskie oko konia tuczy) lub interweniować, bo popsuł się jakiś sprzęt. Gdy przychodzi jednak czas siewu, rzucam wszystko i jadę w pole, bez względu na inne obowiązki. Siew jest najważniejszym zabiegiem w polu.

Anna Malinowski
Drukuj
Źródło: http://wiescidladomu.pl/wiejskie-zycie/sylwetki/66-wspolny-sposob-na-zycie?tmpl=component&print=1&layout=default